czwartek, 15 maja 2014

Think Pink, myśl o modzie na różowo 

W naszych stronach od paru dni temperatury przekraczają 20 stopni Celsjusza (w Fahrenheitach to będzie ...hmm...).  Ciepłe klimaty wymagają odpowiedniej garderoby.  Szczególnie w Bellevue trudno nie zauważyć ostatnio ciekawych i bardzo trendy stylizacji.  Niedługo zostanie tu otwarty pierwszy salon Gucci’ego, zupełnie niedaleko od butiku Louis Vittona.  

Ja niedawno skusiłam się znacznie skromniejszą markę. Mała, żółta torebka, zakupiona przez internet z okazji korzystnej sale, przyda mi się świetnie do letnich kreacji. Nota bene, tak jak znaczna część amerykańskich produktów odzieżowych została uszyta w Chinach... 

A co powinno obowiązkowo znaleźć się w naszej odświeżonej ,letniej szafie? Znalazłam ciekawą listę, która chyba dość dobrze podsumowuje tegoroczne letnie trendy.  

Według gazety USA Today, należy przede wszystkim zaopatrzyć się w tkaniny z kwiatowymi wzorami, najlepiej róże. Nawet guziki mogą być nimi ozdobione. Odcienie kolorów wybieramy jaskrawe, najlepiej różowe- think pink, orchideowe,pomarańczowe, żółte.  Tkaniny w paski są dalej w modzie, tak samo jak motywy etniczne. 

Metaliczne i złote dodatki np. buty (najlepiej z wycięciem na palce) też są jak najbardziej na miejscu.  Biżuterię lub torebki powinny zdobić frędzle. Nadruki powinny przekazywać wyrazisty komunikat; nie zaszkodzi, jeśli będą związane z duchem sportu.  

Mężczyźni też nie powinni stronić od kolorów. Autor wspomnianych wskazówek tegorocznych Hot Looks dowcipnie dodaje, że nie chodzi tylko o odcienie granatowe i szare.  

Lubię raz na czas poszperać w amerykańskich sklepach. Zaglądam do sieciówek Forever 21, Banana Republic i GAP.  W Seattle znajdują się bardziej znane mi oddziały Zara i H&M. Jakiś czas w temu w tym ostatnim zauważyłam metkę, na której obok innych języków, widniała instrukcja obsługi po polsku. W Stanach należy naprawdę się im przyglądnąć, bo dotąd udało mi się już niejednego ciucha zmniejszyć w pralce lub suszarce o parę rozmiarów. 

Na koniec zagadka.  Może wiecie, drodzy czytelnicy, w którym bardzo popularnym butiku zrobiliśmy poniższe zdjęcie?  

H.                                               


czwartek, 1 maja 2014

Diversity Index

Niewątpliwym atutem mieszkania w Stanach jest codzienny kontakt z różnorodnością kulturową. Tylko podczas jednego spaceru słyszałam niedawno rozmowy w słowiańskich, azjatyckich i sądząc po tradycyjnym stroju innych dalekowschodnich językach.

Na pobliskich ulicach pełno jest wietnamskich salonów kosmetycznych.  Ich  wyraźną nadprezentację pamiętam jeszcze z moich studenckich wakacji w Nowym Jorku. W tym miejscu dodam, że nigdy wcześniej nie widziałam mężczyzny profesjonalnie malującego paznokcie!

W felietonie gazety Seattle Times przeczytałam, iż wskaźnik diversity index, mierzący prawdopodobieństwo, iż dwie osoby znajdujące się w tym samym i dowolnym miejscu będą różnić się ze względu na rasę i etniczność -  jest w Bellevue bardzo wysoki i wynosi 58% (58 na 100 punktowej skali). Jest on nawet o parę punktów wyższy niż w sąsiedzkim i dużo większym Seattle.

W naszych okolicach mieszka szczególnie dużo Rosjan i Azjatów. Tylko parę dni temu poznałam młodą imigrantkę pochodzą z bardzo daleka, bo aż z Irkucka. Wielu z nich przyjechało tu zasilić szeregi pracowników sektora informatycznego. Ale nie tylko. Jedyny bliski mały sklepik spożywczy prowadzony jest przez parę starszych Chińczyków.

Miło było mi również uczestniczyć w przyjęciu baby shower, w którym uczestniczyły znajome z Meksyku.  Na zajęciach brałam także udział w ćwiczeniach  z sympatycznym i pracowitym Hindusem. Nota bene przy bibliotece publicznej znajduje się nawet pomnik Ghandiego, będący wynikiem współpracy lokalnych władz oraz oficjalnych stowarzyszeń reprezentujących Indie.

Mniejszości etniczne są od dawna niedłączną częścią amerykańskiej rzeczywistości. Z moich obserwacji widzę, iż model multi-kulti działa tu bez większych problemów.

Pisałam już o tym, że w Stanach nie wolno dyskryminować ze względu na nieznajomość języka angielskiego. W  prawie pracy istnieją także surowe przepisy zabraniające dyskryminacji ze względu na przynależność rasową.

Amerykańskie media żyją w tym tygodniu rasistowskimi uwagami właściciela znanej drużyny koszykarskiej. Krytyka opinii publicznej i konsekwencje skandalicznych wypowiedzi okazała się dla niego druzgocąca.

Tymczasem ja, w ramach pięgnacji polskiej tożsamości i rożnorodności kulturowej, rozpoczynam w tym tygodniu wolontariat w Domu Polskim.

                                                 

H.

                                                        

sobota, 19 kwietnia 2014

Frohen Ostern!

Mogę śmiało powiedzieć, że czuję jakbym Wielkanoc spędzała w Europie. A to dlatego iż, jesteśmy w miejscowości, która słynie z pięknych widoków górskich, a także ze swojej bawarskiej stylizacji. 

Można tu zjeść typowe niemieckie potrawy, choć dla smakoszy czekają też pyszne duńskie wypieki. Nietrudno wypatrzeć tu szyldy z napisem Wilkommen, jak i również kelnerów ubranych w bawarskie stroje.  

I to wszystko tylko trochę ponad godzinę jazdy od Seattle.

Ze strony urzędu miasta dowiedziałam się, że całkowita zmiana wizerunku Leavenworth była ostatnim ratunkiem na wznowienie zainteresowania regionem.  Przewrotny pomysł okazał się sukcesem.Co rok przybywa tu około 2 milionów turystów. Podobno więcej przyjeżdża tu gości z Austrii, niż z samych Niemiec.

W październiku mogą oni nawet uczestniczyć w lokalnej wersji festiwalu Oktorberfest.  Parę lat temu znany program Good Morning America nadawał stąd transmisję z zapalenia pierwszego światełka na bożonarodzeniowej choince.

Lokalne kramiki nie obiftują za bardzo w motywy świąteczne. Może dlatego, że w Stanach bardziej popularne są egghunts, podczas których dzieci szukają kolorowych, plastikowych i zazwyczaj wypełnionych słodkościami jajek. Za to na wystawach widziałam już figurki Myszki Miki i bohaterów Gwiezdnych Wojen. W jednym ze sklepów można nawet kupić gifts from Russia. ..

Przyznam, że nie poświęciłam świątecznego koszyczka.  Już myślałam, że uda mi się jeszcze pójść do kościoła katolickiego, znajdującego w pobliżu naszego pensjonatu. Niestety okazuje się, że już nie funkcjonuje i teraz służy jako wnętrze pokoi gościnnych.

Na naszym niedzielnym śniadaniu zabraknie domowego sosu tatarskiego, ale za to mamy ze sobą polski chrzan. Po południu zabieramy się z Deanem za malowanie pisanek.

Jutro wieczorem będziemy wracać już do Bellevue. Easter Monday nie jest dniem wolnym od pracy. Mimo to dyskretnie postaram się, żeby Dean przypomniał sobie dlaczego w Polsce jest nazywany ,,lanym poniedziałkiem”:)

Wszystkim czytelnikom życzę kolorowych, smakowitych i słonecznych Świąt Wielkanocnych!


H.                                           
                                                   




sobota, 5 kwietnia 2014

Mudslide w Oso

Dokładnie w ten sam dzień, w którym szczęśliwie doleciał do nas Tata, w stanie Waszyngton, na północ od Seattle, doszło do potężnego osuwiska błotnego. Kilkadziesiąt domów w małej miejscowości Oso zostałow parę sekund zmiecionych z powierzchni ziemi. Gazety zamieszczały codziennie zdjęcia ofiar.

Oprócz skali zniszczeń, zaskoczyły mnie dwa fakty. Po pierwsze, podobno tragedii można było zapobiec. A po drugie, nie została ogłoszona oficjalna żałoba. Gubernator stanu uchwalił jednak minutę ciszy, aby uczcić pamięć ofiar.
Dowiedziałam się, iż w Stanach żałoba narodowa nie jest często zarządzana. Ostatni raz miała miejsce po strzelaninie w bazie militarnej Fort Hood w 2009r. 

Brak oficjalnego dekretu nie zniechęcił mieszkańców do dobrowolnego wspierania poszkodowanych.  Na jednym ze zdjęć prasowych z miejsca osuwiska zauważyłam zaciągniętą do połowy flagę amerykańską. Doczytałam, iż wcześniej znaleziono ją zakopaną w mule.

Prywatne osoby w geście solidarności organizowały lokalne zbiórki pieniędzy i niezbędnych środków do życia. Sąsiedzi przygotowywali wspólne posiłki dla poszkodowanych oraz tworzyli małe ołtarzyki z kwiatów i zniczy. Widziałam również informacje o wspólnych modlitwach. W ramach oficjalnego miesiąca poezji stanu Waszyngton, chętni mogą również zgłaszać swoje piśmienne propozycje skierowane do tych dotkniętych katastrofą.

I jeszcze jedna wspólnotowa inicjatywa. Podczas konferencji prasowej przedstawiciele znanego indiańskiego plemienia Snoqualmie, zaoferowali pokaźną sumę wspierającą odległych sąsiadów. We are all mountain folk, and mountain folk stick together- tak darczyńcy skomentowali swój szlechetny gest.
Kilka dni temu Prezydent Obama nazwał osuwisko a major disaster, co pomoże rodzinom w otrzymaniu różnorodnych świadczeń socjalnych.
Widząc w wiadomościach, jak codziennie ochotnicy zgłaszali się do przeczesywania zdewastowanego terenu, można mieć pewność, że lokalne władze i bliscy sąsiedzi nie pozostawią jeszcze na długo bez pomocy mieszkańców Oso.

                                                  
@NyTimes

PS.  22 kwietnia Prezydent Obama odwiedził osuwisko w Oso. Znalazł czas na osobiste rozmowy z rodzinami poszkodowanych,a także potwierdził obiecaną pomoc rządową. Tak jeszcze opisał swoje stanowisko: This is.. what America is all about. When times get tough, we look out for each other. We get each other's backs. And we recover, and we build, and we come back stronger. 

poniedziałek, 17 marca 2014

Step by step 

W Bellevue idzie wiosna. Kwitną wiśnie i jest coraz cieplej. Zmieniliśmy już zegarki na czas letni- w Stanach przestawiamy je wcześniej niż w Europie. Dobre wiadomości przyszły też do nas z frontu imigracyjnego. Mianowicie niedawno dostałam oficjalne pozwolenie na stały pobyt w Ameryce.   

Urzędnicze procedury trwały około trzech i poł miesiąca. W ich ramach musiałam m.in. udać się do specjalnego lekarza na ogólne badanie fizyczno-psychiczne. Pani doktor, rosyjskiego pochodzenia, nie wypatrzyła wszystkich wskazanych szczepionek w mojej polskiej karcie szczepień. Nie miałam wyjścia- musiałam poddać się paru zastrzykom oraz wyrazić zgodę na flu shot.  

Punktem kulminacyjnym była rozmowa z urzędnikiem imigracyjnym. Musieliśmy właściwie udowodnić, że nasz związek jest prawdziwy. Rozmowa nie odbyła się, tak jak na filmach w miejscu zamieszkania, a w instytucji Department of Homeland Security. 
W tym samym czasie, kiedy czekaliśmy na swoją kolej, duża grupa osób przygotywała się do naturalization ceremony  ,czyli na uroczyste nadanie obywatelstwa amerykańskiego. Ktoś czekał też na rozpatrzenie wniosku o azyl. 

Nasza prawniczka przygotowała nas do interview, wysyłając nam długą listę mniej i bardziej krępujących pytań. Na szczęście nie musieliśmy opowiadać, kto śpi po której stronie łóżka, a raczej, jak się poznaliśmy (wszystko zeznawaliśmy pod przysięgą). To akurat był ciekawy temat do rozmowy, ponieważ poznaliśmy się w Kijowie. Bardzo przydał się też album ze zdjęciami z naszego ślubu, świąt spędzonych w Polsce oraz dokumentacji naszych europejskich i amerykańskich eskapad.  

Po udanej rozmowie byliśmy dość spokojni.  Faktycznie, po dość krótkim czasie przyszedł do mnie bardzo uprzejmy list z wydziału U.S.Immigration Services, który w swojej treści zawierał miły zwrot: with pleasure we welcome you to the U.S.A.  

Innym ważnym krokiem było nadanie numeru Social Security oraz wydanie tzw. work permit. Identyfikacja w systemie pomogła mi również w zapisaniu się na kursy szkoleniowe w miejscowym Community College.   

I jeszcze jeden ważny sukces. Za parę dni będę mogła już odebrać samochodem Tatę z lotniska, ponieważ miesiąc temu pomyślnie zdałam egzamin z amerykańskiego prawa jazdy:)

Kolejne kroki w moim życiu w Stanach cieszą. Tymczasem niedawno znów zostałam przechrzczona w kawiarni na Hannah... 

Ps. Odpowiedź do poprzedniego wpisu: Amerykanie nie otwierają parasoli w zamkniętych pomieszczeniach, bo przyjęło się tu, że przynosi to pecha. 

H.
                                      

English version and one more pic:
http://dziendobryusaen.blogspot.com/ 

środa, 5 marca 2014

Newport Beach Weekend

Dzisiaj relacja z dość deszczowego weekendu, spędzonego w mojej ulubionej południowej Kalifornii. Po długiej suszy nagły sztorm był, obok wydarzeń na Ukrainie, szeroko komentowany przez mieszkańców Newport Beach.

Z powodu ulewy piękne Huntington Gardens przemierzyliśmy tylko częściowo. Za to mieliśmy więcej czasu na niezwykłe zbiory ogromnej biblioteki, zawierające m.in. jeden z nielicznych egzemplarzy Biblii Gutenberga, kopię Deklaracji Niepodległości, której właścicielem był sam Jerzy Waszyngton, a także zwęglony w wielkim pożarze San Francisko, rękopis ,,Wilka morskiego” Jacka Londona.

Huntington kolekcjonawał przede wszystkim europejskie i wczesno- amerykańskie portrety. Ich kolekcja jest imponująca. Zwiedzający mogą przyjrzeć się takim dziełom jak Pinkie Thomasa Lawrence’a, lub Blue Boy Thomasa Gainsborougha. Obraz Western Brothers amerykańskiego malarza Johna Singleton Copley'ego, podobnie jak umieszczona pod nim XVIII-wieczna sofa, szczególnie przypadł mi do gustu. Zdjęcie poniżej. 

W niedzielę na szczęście trochę się przejaśniło. Zdążyliśmy jeszcze pojeździć na rowerze oraz spędzić miło czas w sąsiednim i już ponownie słonecznym Long Beach.
   
W drodze na lotnisko zatrzymaliśmy się w South Cost Plaza, czyli w jednym z największych amerykańskich centrów handlowych. Faktycznie, nie widziałam jeszcze tylu eksluzywnych butików, zlokalizowanych w jednym miejscu. Do Chanel weszłam spojrzeć chyba bardziej na zawrotne ceny, niż na same produkty..

A może wiecie, drodzy czytelnicy, dlaczego Amerykanie nie otwierają mokrych parasoli w zamkniętych pomieszczeniach?..:)  
                                                         


Huntington Gardens

@Huntington Library 



H.
English version and more photos: